Aktualności

Olsztyn: Pasjonat husarii w szeregach Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie

To on, nasz kolega z Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie asp. szt. Radosław Szleszyński poprowadził rekonstruktorów husarskich podczas wielkiej defilady z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości w Święto Wojska Polskiego 15 sierpnia br. w Warszawie. Jechał konno jako hetman na czele trzeciej kolumny wojsk, które walczyły za Rzeczpospolitą od XVI wieku.

Zainteresowanie historią wyniósł z domu rodzinnego. Swoją wiedzę stale pogłębia, szukając wiadomości w źródłach. Na co dzień policjant, po służbie pasjonat dziejów husarii. Z pietyzmem odtwarza wszystkie elementy wyposażenia i uzbrojenia husarza. Jego zaangażowanie w ruch rekonstrukcyjny i popularyzację wiedzy o najwspanialszej kawalerii świata zaowocowało wydaniem książki o husarii.

KRYMINALISTYKA

Asp. sztab. Radosław Szleszyński w Policji służy od 2004 r. Trzy lata był w Wydziale Dochodzeniowo-Śledczym KMP w Olsztynie, ale od początku interesowała go kryminalistyka. Ma zdolności manualne i techniczne, skończył Technikum Kolejowe w Olsztynie.

– Na studiach na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim mieliśmy zajęcia fakultatywne z kryminalistyki i już wtedy bardzo mnie to ciekawiło – mówi Radosław Szleszyński. – Od dawna interesowała mnie też fotografia. Gdy nadarzyła się okazja, przeniosłem się do referatu techniki kryminalistycznej.

Dziś referat jest częścią Wydziału Techniki Kryminalistycznej i Statystyki Przestępczości KMP w Olsztynie, a Radosław Szleszyński jest jego kierownikiem. Policjant łączy swoje pasje. Na co dzień ujawnia i zabezpiecza ślady pozostawione na miejscu zdarzenia. Z aparatem fotograficznym niemal się nie rozstaje. W KWP w Olsztynie zaprezentował np. wystawę zdjęć na temat gotyku ceglanego na Warmii i Mazurach. Wiedzę z techniki kryminalistycznej wykorzystuje np. przy robieniu silikonowych odlewów interesujących go części wyposażenia husarskiego czy właśnie precyzyjnych fotografii elementów wyposażenia lub reprodukcji zabytkowych obrazów.

BEZ PRZESZŁOŚCI NIE MA TERAŹNIEJSZOŚCI

– Poznawanie naszej historii buduje świadomość narodową i dumę z tego, kim i gdzie jesteśmy – wyjaśnia Radosław Szleszyński. – Już marszałek Józef Piłsudski powiedział, że naród, który nie szanuje swej przeszłości, nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości. Z przeszłości trzeba wyciągać wnioski. Jeżeli człowiek nie zna historii, nie ma świadomości dziejów Polski, to – jak powiedział Mikołaj Rej – woli cudzoziemszczyznę, „cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie”. Według mnie bardzo ważne jest, aby każdy świadomy obywatel wiedział, skąd pochodzi, skąd pochodzili jego dziadkowie, co robili. To buduje więź z tą ziemią, z małą ojczyzną, skąd każdy się wywodzi, ale także z Polską.

Zainteresowanie historią policjant wyniósł z domu. Jak wspomina, zwłaszcza ojciec zaszczepił mu ciekawość do dawnych dziejów. Przeszłość zawsze go interesowała, na lekcjach historii wchodził w dyskusje, czytał, pogłębiał wiadomości. Już wtedy jego uwagę zwrócił rodzący się ruch rekonstruktorski. Jeszcze w szkole średniej zapisał się do bractwa rycerskiego. Chcąc jeszcze pełniej odtwarzać postaci z przeszłości, podczas studiów wstąpił do Akademickiego Klubu Jeździeckiego w Korotowie, gdzie opanował sztukę prowadzenia konia.

Z PLECAKIEM PO KRESACH

– Zawsze bardzo interesowałem się Kresami Wschodnimi – mówi policjant. – Szczególnie tym, co działo się w wiekach XVI i XVII. Rzeczypospolita była wtedy ogromnym krajem, który ciągnął się daleko na wschód, zamieszkiwanym przez różne narody. To było prawdziwe przedmurze chrześcijaństwa. Niejeden raz Rzeczypospolita ratowała Europę przed nawałą turecką. Pokazać husarię To on prowadził rekonstruktorów husarskich podczas wielkiej defilady z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości w Święto Wojska Polskiego 15 sierpnia br. w Warszawie. Jechał konno jako hetman na czele trzeciej kolumny wojsk, które walczyły za Rzeczpospolitą od XVI do XVIII wieku.

Rozbudzona ciekawość zaowocowała wyjazdami na Kresy. Na pierwszą wyprawę wybrał się z kolegą. Przemierzali Ukrainę z plecakami. Wtedy na własne oczy zobaczył i dotknął tego wszystkiego, o czym wcześniej czytał – Lwów, Zbaraż, Kamieniec Podolski, Chocim… Potem wracał tam wielokrotnie. Gdy był już policjantem, wybrał się np. na samotną dwutygodniową wyprawę z rowerem i namiotem po tych ziemiach. Tereny zachodniej Ukrainy odwiedza często. Jeździ tam z rekonstrukcją na turniej Terra Heroica do Kamieńca Podolskiego, ale także, aby w muzeach wyszukiwać ślady polskości, które mógłby uwiecznić aparatem fotograficznym.

– W Muzeum Obwodowym w Tarnopolu natknąłem się na rząd husarski – wspomina Radosław Szleszyński. – Oni tam nawet nie bardzo wiedzieli, co to jest. Uprząż była zwinięta w kłębek i przybita gwoździem do jakiejś deski (żeby nikt nie ukradł) na ekspozycji siedemnastowiecznych artefaktów. Dzięki uprzejmości kustosza rozłożyliśmy ją, znalazło się tło z czarnego aksamitu i zrobiłem piękne zdjęcia.

Policjant do tej pory, gdy wyjeżdża na urlop z rodziną (żona, dwójka dzieci i trzecie w drodze), to tak planuje trasę, aby po drodze zwiedzić muzea, kościoły, cmentarze, gdzie są obrazy, nagrobki czy rzeźby związane z husarią. Dzieci podpatrują, czym interesuje się ojciec, i już jako małe szkraby potrafiły rozróżnić poszczególne części wyposażenia husarskiego.

DOTKNĄĆ HISTORII

Radosław Szleszyński zaczynał w Pierwszym Polskim Stowarzyszeniu Turniejowym Liga Baronów i Bractwie Alatus Mortis. Teraz należy do Husarskiej Chorągwi Marszałka Województwa Pomorskiego z siedzibą na zamku w Gniewie.

Sam wykonał husarski rząd koński, swoją pierwszą zbroję i poszczególne elementy wyposażenia. To wymagało skrupulatnej dokumentacji.

– W rekonstrukcjach historycznych ciekawe jest to, że można wiedzę teoretyczną, wiadomości, które zdobywa się w źródłach, przełożyć na praktykę i zobaczyć, sprawdzić, jak to faktycznie wszystko wyglądało – mówi. – To już nie tylko zaciekawienie uzbrojeniem, ale także różnymi aspektami życia tych ludzi. Jaką mieli mentalność, jak postrzegali ówczesny świat, o czym myśleli? Cała rekonstrukcja historyczna zmierza do pełnej profesjonalizacji. To już nie te czasy, gdy podczas pierwszej rekonstrukcji bitwy pod Grunwaldem rycerze mieli na stopach glany, a na plecach naprędce sklecony strój. Teraz wszystko musi być szyte ręcznie zgodnie z tym, jak odbywało się to kilkaset lat temu. Kompletowanie całego wyposażenia trwało długo, ale przed tegoroczną defiladą na Święto Wojska Polskiego dozbroiłem się jeszcze i teraz mogę powiedzieć, że ten proces został zakończony.

Przygotowania do defilady trwały ponad rok. Radosław Szleszyński znalazł się w trzyosobowym zespole powołanym przez Komendanta Głównego Policji do koordynacji rekonstruktorów podczas uroczystych obchodów. Olsztyński policjant odpowiadał za wojsko z wieków XVI, XVII i XVIII i jako hetman husarski prowadził skrzydlatych rycerzy.

HUSARIA RZECZYPOSPOLITEJ

Radosław Szleszyński o husarii może opowiadać godzinami.

– To była jazda podziwiana w całym ówczesnym świecie – policjant nie kryje fascynacji. – Nie miała zresztą sobie równych. Spektakularne zwycięstwa nad dużo liczniejszym przeciwnikiem rozsławiły Rzeczypospolitą. Siła husarii polegała na doskonałym zgraniu całych chorągwi i perfekcyjnym przygotowaniu poszczególnych husarzy. To byli ludzie, którzy wierzyli w to, co robią, w świętej sprawie obrony granic Rzeczypospolitej stawali do walki, nie patrząc, ilu mają do pokonania wrogów. To byli, używając współczesnego języka, profesjonaliści w każdym calu. „Rodzili się na koniu” i przez całe życie doskonalili sztukę wojenną. To byli majętni ludzie, którzy swoją zamożność chcieli spożytkować dla dobra kraju. Wyposażenie husarza wcale nie było tanie, a oni robili to z własnej kiesy i nie szczędzili krwi dla Rzeczypospolitej.

Przy okazji turniejów policjant zetknął się z Radosławem Sikorą, który pisze książki o husarii. Razem wybrali się na Kresy, robili zdjęcia, w końcu postanowili napisać wspólnie książkę. Dr Radosław Sikora zadbał o słowo pisane, Radosław Szleszyński zajął się ikonografią.

Monumentalny album „Husaria Rzeczypospolitej” wydany pod koniec 2014 r. po raz pierwszy w takiej formie przedstawia najwspanialszą jazdę świata. Ciekawostką jest fakt, że na okładce w stroju husarskim prezentuje się właśnie Radosław Szleszyński. Na kartach książki poznamy specjalistyczną wiedzę, ale także zobaczymy husarię w kolorze. Wspaniałe zdjęcia dawnych malowideł, nagrobków, płaskorzeźb pokazują, jak husaria zmieniała się na przestrzeni swojej trzywiekowej historii. Na zdjęciach wysokiej rozdzielczości można przyjrzeć się najdrobniejszym szczegółom. Policjant, aby je zrobić, jeździł po całej Polsce, ale także na Litwę, Ukrainę i Białoruś. W książce są trzy wersje językowe: polska, francuska i angielska. Autorzy już czują niedosyt i planują wydanie kolejnego, rozszerzonego albumu. Prawdopodobnie wyjdzie on najpierw na rynku amerykańskim, a za rok, jeżeli pozwolą na to fundusze, w Polsce.

autor PAWEŁ OSTASZEWSKI / zdj. Krzysztof Chrzanowski i Maciej Miśtal

HUSARIA

Asp. sztab. Radosław Szleszyński jako rekonstruktor odtwarza husarza (nie mylić z huzarem!). Husarz wystawiał swój poczet i razem z innymi szlachcicami tworzył chorągiew husarską. Husaria wywodzi się z Węgier, ale nigdzie poza rzeczpospolitą nie rozwinęła się w tak wspaniałe wojsko. Dwa najważniejsze atrybuty husarza to skrzydła i kopia. Przez lata toczyły się spory, czy husaria faktycznie nosiła skrzydła. Dostępna ikonografia nie pozostawia cienia wątpliwości. skrzydła były, i to nie tylko od parady. Najczęściej przytraczano je do tylnego kłębu siodła lub noszono na plecach na specjalnych szelkach. Często było to skrzydło pojedyncze w postaci drewnianego stelażu, w który wtykano lotki drapieżnych ptaków. Praktykowano także noszenie całych zasuszonych skrzydeł ptasich, co czyniło postać husarza podobną do anioła. Kopia służyła do przełamywania szyków przeciwnika. Była niezwykle długa, liczyła do 6,2 m, co pozwalało pokonywać zaciężne wojska cudzoziemskie, które używały pik o długości do 5 m. Husarska kopia była wydrążona w środku, co pozwalało łatwiej się nią posługiwać. Trzeba pamiętać jednak, że była to broń jednorazowa, która kruszyła się przy starciu, zapewniając jednak przełamywanie szyków. Do uzbrojenia husarza należały także: szabla, koncerz, nadziak, pistolety, a wcześniej także łuk. Gdy nie wystarczało jedno uderzenie husarii do przełamania oporu przeciwnika, husarze wykonywali drugie, a czasami także kolejne szarże. Husaria funkcjonowała na przestrzeni trzech wieków, pod koniec swojego istnienia stanowiła już raczej wojsko paradne. Jednak wcześniejsze lata tak rozsławiły jej imię, że żołnierze najemni w umowach zawierali nierzadko punkt, że nie będą musieli walczyć z polską husarią.

Siła husarii polegała na jej wspaniałym wyszkoleniu. Chorągiew w pełnym pędzie potrafiła rozluźniać i zacieśniać szyki, wykonywać zwroty i szarżować zgodnie z komendami, stanowiąc falę, która burzyła na swojej drodze wszystko, co napotkała.

Spektakularne zwycięstwa mówią same za siebie. O bitwie pod Wiedniem czy Kircholmem każdy słyszał. Warto przywołać także bitwę pod Kłuszynem z 1610 r., gdy husaria musiała szarżować od 8 do 10 razy, aby pobić wielokrotnie liczniejsze wojska moskiewskie i szwedzkie. To zwycięstwo otworzyło wojskom rzeczypospolitej drogę do Moskwy, którą potem Polacy zajęli. W bitwie pod Chocimiem z 1621 r. jazda polsko-litewska w sile około 600 ludzi, w tym 550 husarzy, rozbiła dziesięciotysięczne wojska tureckie. Był też przypadek, że husarzy walczyli pieszo. Bitwa pod Hodowem z 1694 r. przeszła do historii jako polskie Termopile. Tam 100 husarzy i 300 pancernych zaatakowało oddział turecki w sile około 600 konnych. Został on rozgromiony, jednak okazało się, że to tylko straż przednia nadciągającej armii. Przeliczywszy siły, uznali, że jest ich zbyt mało, aby stawić czoła około 40-tysięcznemu wojsku. Rzeczypospolitej trzeba jednak bronić. Husarze i towarzysze pancerni zeszli więc z koni i w polu stworzyli ufortyfikowany tabor. Przez prawie sześć godzin odpierali nieustanny atak. Gdy zabrakło amunicji, strzelali strzałami tatarskimi wkładanymi do luf pistoletów. Husarze nie przyjęli proponowanej kapitulacji. Z powodu ciężkich strat armia turecka w końcu wycofała się i do najazdu na dalsze tereny rzeczypospolitej nie doszło. W bitwie po stronie polskiej zginęło kilkudziesięciu obrońców, w tym kilkunastu husarzy, właściwie wszyscy odnieśli rany. Już rok po bitwie król Jan III Sobieski kazał postawić w jej miejscu pomnik, który stoi na Ukrainie do dzisiaj.

P.Ost. / zdj. Tomasz Raczyński